Jak PKP 55-latków kopie w d...


- Tak myślałam. Pracowałam na kolei 35 lat. Zaczynałam jako dróżniczka, odchodziłam jako zastępca dyrektora do spraw finansowo-ekonomicznych i główna księgowa. Wcześniej otrzymałam srebrny medal zasługi.

Co wydarzyło się w Warszawie?

- Świat mi się zwalił. W siedzibie zarządu kazali mi czekać na wiceprezesa. Po godzinie pojawił się Andrzej Wciórka, wiceprezes, ten do spraw kadrowych. Poprosił mnie do drugiego pokoju i usłyszałam: "Została pani kopnięta w d...."

Słucham?

- Dosłownie tak powiedział. Do kobiety! A ja nadal nie wiedziałam, o czym on mówi. Prezes wyciągnął wypowiedzenie - kazał mi szybko podpisać i podać datę. Chciałam choć przeczytać. Pozwolił, ale stale popędzał. Przeczytałam i widzę błąd. Więc mówię, że przyjęto złą podstawę prawną. Firma powołała się na 40 artykuł ustawy o emeryturach. A powinni powołać się na inny, bo ja jestem w II filarze i mam obowiązek pracować do 60. roku życia. - Niech pani podpisuje. Śpieszę się na wręczenie odznaczeń - poganiał mnie. Podpisałam.

Zapytałam, czy też mam jechać na uroczystości. Usłyszałam drwiące: "Nie ma po co". Byłam w szoku, zaczęłam mówić, że szykowałam się na te obchody, że ubrałam się elegancko. Skomentował: "To dobrze, bo wręczenie wypowiedzenia z pracy jest też podniosłą chwilą w życiu człowieka". Nie bardzo wiem, jak trafiłam na dworzec.

Jakie uzasadnienie było w wypowiedzeniu?

- Zarząd przyjął zasadę, że zwalniani będą wszyscy, którzy osiągną wiek uprawniający do emerytury kolejowej. W PKP to 55 lat dla kobiet, 60 - dla mężczyzn. Taka praktyka trwała od kilku lat. Specjalnie kończyłam kursy, studia podyplomowe, by moje kwalifikacje broniły mnie. Chciałam dopracować do normalnego wieku emerytalnego, do 60. Już po pięćdziesiątce przez dwa lata studiowałam unijne standardy rachunkowości i księgowości, byłam najlepsza na roku. Płaciłam sama za te studia - 1700 złotych. Człowiek w moim wieku nie jest takim otępiałym starcem, jak sądzą niektórzy pracodawcy.

Czy ktoś panią przeprosił, wyjaśnił dlaczego panią tak potraktowano?

- Nie. W firmie usłyszałam, że kadry musiały tak zrobić, bo gdybym znała prawdę, uciekłabym na zwolnienie. Na drugi dzień byłam normalnie w pracy. To był koniec roku. W księgowości trzeba wszystko pozamykać.

Przecież nie musiała się pani już tak angażować.

- Miałam trzymiesięczne wypowiedzenie. Nie mogłam zaniedbywać obowiązków. Spółka miała długi. Trzeba było negocjować. W finansach jest konieczna ciągłość działania.

A kiedy zdecydowała pani: idę do sądu?

- Po paru dniach. Uświadomiłam sobie, że mam tydzień na odwołanie się. Siódmego dnia zaniosłam pozew. Napisałam, jak umiałam. Potem znalazłam adwokata.

I co?

- Przegraliśmy. Sąd Rejonowy w Krakowie uznał, że pracodawca ma prawo pozbywać się osób, które mają uprawnienia emerytalne. Apelowałam. Ale mój pełnomocnik bywał nieprzygotowany. Sama przedstawiałam dowody, udowadniałam, że moja firma nie wszystkich wypychała na wcześniejszą emeryturę. Po trzech latach znów przegrałam. Zwróciłam się do warszawskiej kancelarii prawniczej. Wnieśli kasację do Sądu Najwyższego. Sędziowie mieli wątpliwości i zwrócili się z pytaniem do poszerzonego siedmioosobowego składu sędziów SN: "czy zwolnienie z pracy tylko z powodu osiągnięcia wieku uprawniającego do wcześniejszej emerytury nie jest dyskryminacją ze względu na wiek i płeć?". I okazało się, że jest.

Co teraz?

- Przede mną zakończenie postępowania kasacyjnego. Możliwe, że sąd wyda orzeczenie lub skieruje sprawę ponownie do sądu okręgowego.

Nie ma pani wszystkiego dość?

- To, co robią pracodawcy, to jawna niesprawiedliwość. Wiele kobiet poddaje się. Bierze groszowe emerytury. Może kiedy moja sprawa się zakończy, inne kobiety będą miały szanse w walce z dyskryminacją. Uprawnienie do wcześniejszej emerytury to moje prawo. Ale ja mogę z niego skorzystać, a nie pracodawca. A oni postawili to na głowie. To tak jakby w uzasadnieniu napisać: zwalniam panią, bo ma pani bogatego męża.

Rodzina panią wspiera? Ma pani dwie córki.

- Gdyby o wszystkim wiedzieli, toby wspierali.

Nic pani im nie mówiła?

- Nie chciałam ich obciążać. Młodsza córka studiowała we Francji. To ja musiałam jej pomagać. A starsza w 2004 roku była w ciąży, z bliźniakami. Cały czas w szpitalu, ciąża zagrożona. Mąż po ciężkim wylewie. Zmarł niedawno. Radziłam sobie sama. Dopiero po przegranej w II instancji zaczęłam się załamywać.

Ale przecież wiele Polek marzy o wcześniejszej emeryturze.

- Moja starsza córka sama wychowuje dzieci. Druga była za granica. Lubię pracować. Uważałam, że mogę jeszcze dużo zrobić. W 1992 roku wprowadzałam w firmie nowy system płacowo-rozliczeniowy. Czułam satysfakcję, że przoduje w nowoczesnych technologiach. Teraz mam 59 lat. I też nie czuję się staruszką!

Chciałaby pani wrócić do pracy na kolei?

- Rozmawiałam kiedyś z nowym prezesem. Powiedział, że jeżeli wygram w sądzie okręgowym, to wrócę. Teraz to pewnie nieaktualne. Do normalnej emerytury zostało mi kilka miesięcy.

Źródło: Gazeta Wyborcza z dn. 29.11.2008